Jak wielu innych mam, także moim problemem jest brak wystarczającej ilości czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. Kiedy jeszcze nie miałam dzieci, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak cenne są te minuty, godziny, dni, które mogłam wykorzystać do woli na co tylko chciałam. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mogę ich kiedyś nie mieć. Och gdybym to wtedy wiedziała…

Kiedyś

Od zawsze lubiłam pewnego rodzaju prostotę. Piszę „pewnego rodzaju”, bo oczywiście to bardzo względne pojęcie. Dla każdego może oznaczać coś zupełnie innego.

Dla mnie oznaczało nie zagracanie swojej przestrzeni. To, jak wyglądał mój dom, mój pokój w czasie kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami, czy nawet mój namiot jak jechałam na kamping, było dla mnie bardzo ważne. Miałam wielką potrzebę żeby moje otoczenie było dla mnie przyjemne, w przeciwnym przypadku czułam sie cały czas nie u siebie. Raziło mnie wszystko, co nie było „w moim guście” i zbyt długo nie mogłam wytrzymać w takim miejscu. To mogło być cokolwiek, na przykład kafelki w przedpokoju – miałm jakiś margines tolerancji, ale wszystko co poza nim po prostu działało na mnie przygnębiająco na dłuższą metę. Podobne uczucia żywiłam to „bibelotów”, czyli pierdółek, które ustawia się na półkach. Oczywiście najczęściej pochodzenia „sentymentalnego” czyli otrzymanego w prezencie od Cioci Jadzi albo kupionego na straganie w Ustce. Sorry – to nie dla mnie. Ale to był dopiero początek…

Nie czytaj dalej jeśli…

Wszystkie zmiany, które zaszły we  mnie i których efekty opisuję w tym poście, nie wydarzyły się jednego dnia. Każda miała swój powód, początek i rozwinięcie. W przypadku większości z nich jestem nadal w trakcie wdrażania w życie.

Dlatego jeśli czytasz ten post i masz chęć powiedzieć: w sumie to też bym tak chciała ale nie potrafiłabym się pozbyć wszystkich moich książek – musisz wiedzieć, że prawdopodobnie kilka lat temu dokładnie te same słowa wyszły z moich ust. Jeśli więc czujesz, że pociąga Cię prostsze życie, które tutaj opisuję, nie szukaj łatwych wymówek dlaczego Ty nie możesz go mieć. Ja nie przyjmuję wymówek do wiadomości. Jeśli masz chęć tylko ponarzekać, to od razu przestań czytać, bo ten post nie jest dla Ciebie.

Czytaj za do dalej, jeśli masz chęć zrobić coś dla siebie i dla swojego życia mimo, że będzie Cię to kosztować zarówno sporo pracy i czasu, jak i zmian „w środku”.

photo-1425156639810-1d18b339b3bf

Zmiana

Uważam i nie wiem czy ma to jakiekolwiek pokrycie w psychologii ale w sumie niewiele mnie to interesuje, że zmiana w życiu jest możliwa do przeprowadzenia tylko na dwa sposoby.

Pierwszy z nich to przemycenie tej zmiany metodą małych kroczków. Rozplanowanie jej (świadome bądź nieświadome) na milion małych zadań i ruchów, tak, że po jakimś dłuższym czasie okazuje się, że już dawno się to stało i osiągnęliśmy to czego pragnęliśmy nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Problem jest taki, że większość z nas (w tym ja) chciałoby tu i teraz a nie za milion lat… Więc jest też drugi sposób, dużo szybszy ale też bardziej wymagający – rewolucja.

Najczęściej dzieje się samoistnie – kryzys w związku może doprowadzić do rozstania albo do wprowadzenia nowego układu a za tym wiecznego szczęścia. Zmiana pracy może spowodować, że zmienia się w nas zupełnie podejście do tego co robimy i nagle z wiecznie niedocenianego pracownika zaczynamy piąć się po drabinie kariery.

Jeśli jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że zmiany której pragniemy łatwiej jest dokonać w takim przełomowym momencie, możemy świadomie taki momenty wykorzystywać. I tak było u mnie.

Moim przełomem była przeprowadzka. 2 lata temu spakowaliśmy całe nasze życie i przeprowadziliśmy się do Anglii. Już wtedy kiełkowała we mnie świadomość, że nie chcę żyć tak, jak do tej pory, że to co dookoła mnie wydaje się wszystkim, szczytem marzeń. Dla mnie bardziej kojarzy się z wiezienną celą.

Polski sen, który rozgrywał się na moich oczach to: skończyć studia, a najlepiej dwa fakultety, dostać świetną pracę (tylko świetne jeśli chodzi o etat wchodzą w grę bo te nieświetne to obciach, na przykład gdybyś marzył o zawodzie śmieciarza, bo czujesz misję pomagania w odśmiecaniu naszej planety, to zapomnij o swoim życiu towarzyskim), albo otworzyć firmę (tylko wiadomo, sukces MUSI być), no i oczywiście kupić piękne mieszkanie lub zbudować dom (poniżej 150 metrów nie wchodzi oczywiście w grę). Następnie trzeba w tym domu odwalić wszystko na błysk za trylion złotych, a potem mieszkać w nim do śmierci, spłacając swoje kredyty i narzekając na ogrom sprzątania i wieczny brak czasu (tryliona nie zarobi się raczej w 8 godzin dziennie).

Przez chwilę myślałam, że może jestem w stanie jakoś nagiąć tą rzeczywistość i pomimo wszystko znaleźć sobie w niej miejsce. Wiem, że można robić swoje nie przejmując się otoczeniem, na pewno da się. Ale miałam więcej powodów i cały ich komplet spowodował, że chciałam zamieszkać gdzie indziej. A to gdzie indziej to Bournemouth w Anglii. Moją rewolucją była więc nasza przeprowadzka.

Zabrałam ze sobą tylko te rzeczy, których potrzebowaliśmy – zostały wszystkie książki, nieużywane ubrania, uzbierane sterty gazet, nieużywany sprzęt sportowy i cała masa przeróżnych przedmiotów, które w jakiś dziwny sposób trafiają do naszego życia nie wiadomo skąd i po co. Podobno kiedyś mają się przydać ale to kiedyś nigdy nie przychodzi.

Pierwszym krokiem było więc ograniczenie tego co mamy.

A kolejnymi:

  • zrezygnowanie z abonamentu telewizyjnego – odzyskaliśmy masę czasu
  • ograniczenie sprzątania w domu – lubię jak jest porządek ale nie prowadzi on do osiągnięcia moich celów, więc nie jest priorytetem
  • uproszczenie posiłków i zorganizowanie zakupów – jedne duże zakupy na tydzień.

Ale to nie koniec. Prostsze życie to nie tylko rzeczy i organizacja czasu. Prostsze życie to efekt moich marzeń.

photo-wolnosc

Marzenia

Marzę o pracy, którą wykonuję z wielką ekscytacją, której wszystkie elementy będą dla mnie zawsze przyjemnością. Wiem, że panuje opinia, że przy prowadzeniu firmy jest dużo takich rzeczy, które trzeba robić, chociaż się ich nie lubi. Uważam jednak, że to mit.

Chcę mieszkać w miejscach, które będę lubić i które dadzą mi wiele możliwości na realizowanie tego, co chcę robić. Tak, nie chcę by to było jedno miejsce, lubię róznorodność.

Chcę mieć rodzinę, która wspiera się nawzajem i w której każdy ma swoje miejsce i czuje się wspaniale. Chcę mieć czas na wszystko, co dla mnie ważne i przyjemne. Wierzę, że można tego wszystkiego dokonać a nawet jestem już w trakcie.

Sposobem na to jest dla mnie właśnie prostsze życie.

Nie zależy mi na rzeczach, nie muszę mieć zawsze idealnego porządku ani obiadu na stole. Mogę mieszkać na niewielkim metrażu oraz zrezygnować z dostępu do kablowej telewizji, fitness klubu czy nawet kina. Ale chcę żyć tak jak chcę. Chcę wolności.

Niewola

Niewolą jest dla mnie kredyt na dom i samochód oraz abonament na komórkę i TV, bo nie mogę jutro rzucić wszystkiego i pojechać w nieznane, jeśli nadarzyłaby się taka okazja (a bardzo bym chciała pojechać w nieznane). Niewolą jest dla mnie presja wywierana przez otoczenie, której się poddaję: będziemy tęsknić, martwimy się o was, jak wy sobie poradzicie (wierzcie mi, mam uczulenie na pytanie: jak sobie poradzisz – tak jakby od tego, że trzeba zrobić coś trudnego się umierało).

Ale największą niewolą jest dla mnie sposób myślenia, który zmienić jest najtrudniej a który mam wryty przez lata życia w społeczeństwie myślącym właśnie w ten sposób:

  • Dzieci muszą chodzić do szkoły, żeby nie zmarnować sobie życia.
  • Własny dom (mieszkanie) jest naszą największą inwestycją i każdy chce (czytaj: musi) go mieć.
  • Nie można robić sobie przerw w pracy, bo to źle wygląda w CV.
  • Trzeba skończyć studia, bo nikt nie będzie chciał cię zatrudnić.
  • Nie da się żyć marzeniami, bo za coś trzeba jeść.

Mogłabym tak wymieniać dalej ale pewnie wiecie już o co mi chodzi. Generalnie cała powyższa lista to dla mnie bzdury.

Wolność

Moja wolność oznacza dla mnie, że robię to co kocham, wtedy kiedy chcę i tak jak mi się podoba. Jeśli muszę iść do pracy w poniedziałek, chociaż nie mam na to ochoty, to znaczy, że nie mam wolności. Pracuję więc nad tym, żeby dać wolność sobie i mojej rodzinie. Moim sposobem na realizację tego celu jest właśnie prostsze życie, czyli:

  • Prostszy dom, żeby moje otoczenie sprzyjało moim celom i mojemu codziennemu życiu, oszczędzajac mój czas, energię i psychiczny spokój.
  • Jasny cel, w którym zmierzam, żebym nie musiała się co chwila zastanawiać co teraz, jaki jest mój kolejny krok.
  • Zasady, którymi się kieruję ja i moja rodzina, żeby nie tracić czasu na podejmowanie trudnych decyzji oraz rodzinne nieporozumienia.

Proste?

W praktyce oznacza to, że jeśli coś mi do szczęścia (osiągnięcia mojego celu) potrzebne nie jest, to tego nie robię. Ot cała tajemnica.

Tak, jak pisałam jestem w trakcie , nie osiągnęłam jeszcze tego o czym marzę. Moje dzieci nadal MUSZĄ chodzić do szkoły ale pracuję nad tym, żeby nie musiały. Nie mogę jutro wyjechać i zamieszkać na 3 miesiące w Tajlandii, gdybym miała na to chęć ale planuję, że to zrobimy w niedługim czasie. W moim domu jest nadal cała masa rzeczy, których nie potrzebujemy ale też nie ma masy rzeczy, których już się zdążyłam pozbyć. W tym, na przykład nie mam papierowych książek, oprócz książek dla dzieci. Moje ciuchy mieszczą się w dwóch szufladach i mam 4 pary butów, łącznie z kaloszami a wszystkie moje kosmetyki mieszczą się w… kosmetyczce.

Nie wiem, czy to co napisałam ma dla Ciebie jakiś sens. Czy wyjaśniłam mój punkt widzenia. Pewnie dałoby się to zrobić prościej… ale w moim pojęciu prostszego życia nie do końca chodzi o to, żeby robić coś prościej za każdym razem. Bo prościej to dla mnie bardziej w zgodzie z sobą samym.