Mam taki zwyczaj, żeby zostawiać otwarte w przeglądarce wszystkie zakładki, do których chcę wrócić, żeby skończyć jakąś pracę, albo jeszcze coś doczytać w wolnej chwili. W efekcie pracuję w środowisku, które sprzyja wszystkiemu, tylko nie skupieniu się na wykonywanym zadaniu. Bo okienko z otwartą skrzynką mejlową miga, przy zakładce z Facebookiem pojawiają się cyferki otrzymanych wiadomości a na dodatek za każdym razem, siadając do komputera klikam w każdą z nich, żeby sprawdzić co tam jest. Znacie to? Masakra.

Praca przy komputerze idzie znacznie szybciej w skupieniu i kiedy nauczymy się uważności – żadna to tajemnica. Od dawna szukam idealnego dla mnie rozwiązania na rozpraszacze. A jest ich wiele. Próbowałam już wyłączać telefon, instalowałam specjalne programy, które nie pozwalały mi na korzystanie z mediów społecznościowych, albo odliczały czas na pracę i krótką przerwę pomiędzy blokami (technika pomodoro, zresztą bardzo skuteczna). Jednak to cały czas nie było to. Media społecznościowe to pikuś, stron w internecie jest znacznie więcej, skrzynka email kusi a w trakcie 25 odliczonego na pracę czasu, nawet przypadkowo można z 5 razy kliknąć nie tam gdzie trzeba… Szukałam dalej mojego problemu i wydaje mi się, że znalazłam – jeśli i ty masz pootwierane okna ze stronami, które nie dotyczą Twojego aktualnego zadania i narzekasz na słabą produktywność, to być może też skorzystasz z mojej metody.

Identyfikacja problemu

Na jednej z mądrych stron czytam: przed pracą na komputerze zamknij wszystkie pootwierane zakładki. Tak. Bardzo dobra rada. Ale ja nie mogę tak po prostu zamknąć wszystkiego, co sobie tak skrzętnie uzbierałam przez ostatnie dni. To są ważne rzeczy. A niektóre z nich to po prostu aplikacje, których używam tak często, że aż szkoda byłoby je zamykać, bo za sekundę będę je spowrotem otwierać. To dopiero by była strata czasu. Na dodatek, większość pootwieranych okien jest jak zadania na liście „do zrobienia”. Wniosek o paszport, lista zakupów, post na bloga w trakcie edycji, notatki z przeczytanej właśnie książki… To wszystko to moje bieżące projekty.

Na początek postanowiłam więc sprawdzić co konkretnie przechowuję w pootwieranych zakładkach. Zauważyłam, że można byłoby te strony zakwalifikować do kilku kategorii:
1 – coś ciekawego, może przydać się kiedyś.
2 – do przeczytania / zapoznania się
3 – do wypełnienia
4 – narzędzia i strony, których używam często
5 – jestem w trakcie korzystania, ale nie korzystam w tej chwili


1.

Jeśli chodzi o kategorię COŚ CIEKAWEGO, MOŻE PRZYDA SIĘ KIEDYŚ to korzystam z aplikacji: Evernote, Pocket, Bloglovin oraz Pinterest – do każdej wrzucam określony rodzaj linków.

Evernote traktuję jak notes i linki, które się w nim ewentualnie znajdą. Są już dopasowane do konkretnych notatek. Na przykład do listy zaplanowanych postów dorzucam linki do ciekawych inspiracji z internetu albo źródeł informacji, które są mi potrzebne, żeby napisać jakiś artykuł.

Pocket lądują tylko i wyłacznie linki do artykułów, które mnie zaciekawiły i chcę je przyczytać, ale w tym momencie nie mam na to czasu. Zapisuję je więc na potem i czytam w wolnej chwili, na przykład w kolejce do lekarza.

Bloglovin zapamiętuje dla mnie wszystkie ciekawe blogi i umożliwia naprawdę dużo wygodniejsze przeglądanie najnowszych wpisów.

Pinterest to moja ulubiona strona – lądują w niej wszystkie inspiracje, pomysły, piękne rzeczy, miejsca, a także ciekawe artykuły, które już przeczytałam, ale chcę zapisać na przyszłość.

2,3,4,5

Dla pozostałych kategorii utworzyłam osobne foldery w pasku zakładek. Nazwałam je symbolami, ale można też krótkimi wyrazami, jeśli na pasku macie na to miejsce: PRZECZYTAĆ, ROBIĘ, UŻYWAM, NA POTEM, albo cokolwiek tylko będzie najbardziej pasujące do Twoich kategorii.

Następnie zasada jest prosta. Zrzucamy po kolei każdą z otwartych zakładek do odpowiedniego folderu a w przeglądarce zostawiamy tylko tą jedną, jedyną, w której aktualnie pracujemy. Czasem będzie to więcej niż jedna, ale staramy się jednak zamknąć ją po skorzystaniu z niej, lub zapamiętać w odpowienim folderze.


Dla przykładu, pisząc blogowy post potrzebuję otwartej strony z Wordpressem. Bez tego się nie da. Jednak czasem potrzebuję też jakiejś jeszcze strony z informacjami, a także słownika czy translatora. Ważne jednak żeby każda z dodatkowych stron była otwarta tylko przez tą chwilę, w której z niej korzystamy. Zapisując słownik i translator (z których korzystam często) w folderze UŻYWAM, łatwo będzie otworzyć je spowrotem w razie potrzeby. Stronę z informacjami można zapisać w folderze NA POTEM, żeby do niej wrócić nie wyszukując od nowa w Google. Celem jest jednak zostanie tylko ze stroną WordPressa, w którym powstaje artykuł. 


Oczywiście, że mogę w każdej chwili otworzyć co tylko zechcę. Może też przerwać mi dzwoniący telefon, czy cokolwiek innego. Jednak po zastosowaniu tej metody okazało się, że jeśli chodzi o mnie to trochę „co z oczu to z serca”. Potrafię przestać myśleć o tym, czy przypadkiem nie wpadł nowy email, jeśli nie widzę ikonki gmaila. Pokusa zajrzenia na Facebooka, znikła razem z logotypem, którego nie ma już w moim pasku otwartych zakładek. Jest prościej, spokojniej. Łatwiej się skupić. I jakoś o dziwo telefon też nie dzwoni…