Miałam w wakacje nie pisać na blogu, miała być przerwa i urlop, odpoczynek od tworzenia i myślenia o blogowych postach. Ale mam taką potrzebę, żeby jednak o czymś Wam opowiedzieć. Tytuł trochę dałam podchwytliwy, bo wcale nie będzie o żadnych typowych urlopowych przeżyciach. Chodzi mi konkretnie o to, czego nauczyłam się na wakacyjnym kursie NVC czyli Porozumienia Bez Przemocy. Tak naprawdę to temat dużo ciekawszy. Zresztą przekonasz się sama. Zacznijmy od tego, że z kursem wiąże się dość niesamowita historia…

O NVC słyszałam gdzieś kiedyś ale ostatnio koleżanka zaczęła opowiadać o tej metodzie w tak ciekawy sposób, a do tego trafiła chyba u mnie na idealny moment poszukiwań „czegoś co w końcu zadziała na moje dzieci i totalnie wpadłam. Przeczytałam książkę, przyłaczyłam się do grupy na FB i zaczęłam szukać dla siebie szkolenia, bo było mi mało. Jednak kursu nie znalazłam. W moim mieście jakoś nic aktualnie się nie działo, a do tego zaczynały się wakacje i nasz wyjazd na całe 5 tygodni do Polski. Buuu… nie chciałam czekać aż do września, chciałam już, teraz, zaraz! Zaczęłam więc kombinować… i wpadłam na genialny. choć zakrawający o szaleństwo pomysł, że najbardziej odpowiednim dla mnie momentem na kurs będą wczasy w agroturystyce, na które jadę z dzieciakami i dziadkami w pierwszej połowie sierpnia. Więc zgodnie z moją zasadą: jak potrzebujesz a nie ma to sobie zrób, oczywiście postanowiłam taki kurs zorganizować…

Od tego momentu szybko poskładałam do kupy plan wakacyjnych warsztatów, które zorganizuję u nie zdających sobie sprawy z moich zamiarów właścicieli gospodarstwa, do którego się wybierałam. I jakimś szczęśliwym trafem w kilkanaście dni zadziała się niesamowita historia, tak jakby świat chciał mi pomóc: dostałam zgodę właścieli agroturystyki, znalazłam trenerkę, z którą od pierwszej rozmowy chciałam pracować, oraz pierwszych chętnych na warsztaty – obcych ludzi, którzy odpowiedzieli na moje ogłoszenie na grupie na FB. I tak od 1 do 5 sierpnia odbyły się warsztaty, na których razem z 7 cudownymi ludźmi, którzy dali się porwać mojej szaleńczej wizji, przeszlismy drogę od zdesperowanych rodziców do rodziców mocy. Nikogo z naszej ósemki nie znałam wcześniej, jednak – czy to za sprawą okolicy i byciu offline, czy dzięki naszej cudownej trenerce Basi Bielanik ze Szkoły Mocy – od samego początku czułam, że „zaiskrzyło”.

Przeżyłam 5 niesamowitych dni i to, czego dowiedziałam się o sobie, o moich dzieciach oraz o ludziach w ogóle, jest dla mnie mega odkrywcze i zmieniające całe moje podejście do ludzi i świata. Część moich rewelacji to podstawy NVC, które dla wtajemniczonych nie będą żadną sensacją, jednak dla mnie to jak otwarcie skrzyni ze skarbem. Zamieszczam więc wszystko co czuję, że jest ważne.

BasiaRekowo                    na zdjęciu trenerka NVC Basia Bielanik podczas naszych warsztatów

CZEGO NAUCZYŁAM SIĘ PODCZAS
WAKACJI Z NVC (Porozumieniem Bez Przemocy)

 

1. Nikt nie chce sprawić, żebym poczuła się źle.
Oni tylko chcą zaspokoić swoje potrzeby!

Czasem mam poczucie, jakby moje dzieci i mój mąż po prostu robili mi na złość. Przecież wiedzą jakie to dla mnie ważne, jak mi na czymś zależy. Przecież to nie jest takie trudne po prostu spróbować mnie zrozumieć, czy zrobić o co proszę. A oni swoje! Nie jestem aniołem, moja cierpliwość ma swoje granice. Przekonanie, że robią to przeciwko mnie, z pełną premedytacją, było dla mnie do tej pory niezwykle dołujące. Teraz jest mi dużo lżej, bo wiem, że to nie o mnie wtedy myślą, nie mi chcą popsuć humor. Oni po prostu myślą o sobie, czegoś bardzo potrzebują i to nasza nieumiejętność komunikacji a nie złe chęci powoduje, że sytuacja kończy się nerwowo. W końcu to nie jest takie trudne po prostu spróbować ich zrozumieć

2. Nie muszę rozdzielać bijących się dzieci!

Moje dzieci się biją. Tak, to trzech chłopaków (oczywiście bije się na razie głównie dwóch starszych, ale jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu), wiadomo, że można się tego po nich spodziewać. Ale do tej pory próbowałam ich powstrzymać, zabronić, zresztą często biorąc pod uwagę opinie znajomych, którzy podobnie i z pełnym przekonaniem reagują w takich sytuacjach. Jednak z drugiej strony wiem, że wszystkie dzieci a głównie chłopcy się tłuką. Sama to robiłam jako dziewczynka – nabiliśmy sobie z bratem jakiś tryliard siniaków.

Teraz wiem, że powinnam zrobić co czuję, a nie to co robią w tej sytuacji inni. Wiem już też, że nie odpowiadam za to ich bicie, nie jestem w stanie ich powstrzymać, a mój strach i przekonanie, że nie powinni tego robić nie pochodzi ze strachu o nich, tylko z lęku o to, czy będę potrafiła ich potraktować w tej sytuacji sprawiedliwie. Oraz, że będzie to miało jakiś negatywny wpływ na ich przyszłość.

Znając swoje powody i stojące za tym potrzeby, mogę zareagować bardziej naturalnie, co dla mnie oznacza, że przestaję od tej pory ingerować w walki. Za to daję maksimum wsparcia i miłości dziecku, które czuje się poszkodowane. Niesamowite jest to, że to działa. Czym mniej się wtrącam, tym mniej oni się tłuką. Czym częściej przytulam płaczącego po walce, tym rzadziej ten atakujący zaczyna konflikt…

3. Uwaga, której dzieci potrzebują to nie to samo co zachwyt tym co robią.

To trudne przestać wydawać achy i ochy, przestać mówić jacy są świetni i jak super to im wyszło. Szczególnie, że świat radzi: dzieci trzeba chwalić. I jeszcze oczywiście koniecznie trzeba chwalić męża. Prawda jest taka, że dzieci (i mąż też oczywiście) potrzebują naszej uwagi. Ale ciągłe mówienie jacy są rewelacyjni nie jest prawdziwym wsparciem. Zamiast: SUPER, mówię: WIDZĘ. Zamiast: ACH!, wydaję z siebie: ACHA. Jestem dla nich i koło nich. Pytam, rozmawiam, pokazuję swoje zainteresowanie. Nie zbywam słowem ŚWIETNIE. Daję swój czas, mówię o uczuciach. Nie oceniam. Stwierdzam fakty.

4. Wolność, którą tak łatwo dać sobie, jest bardzo trudno dać innym, szczególnie dzieciom.

Każdy chce decydować o sobie. W co mam się ubrać, czy zjeść śniadanie. Wstać wcześniej i być na czas czy wyspać się i się spóźnić. Chodzić do pracy, czy prowadzić firmę. Robić to co kocham, czy narzekać codziennie na bezsens etatu. Postąpić uczciwie, czy może wybrać drogę na skróty.
Wolność jest dla mnie bardzo ważna. Chcę pokazać ją dzieciom, nauczyć jak ją osiągnąć i jak z niej korzystać. Wolność to odpowiedzialność za samych siebie, ale także świadomość, że mamy wpływ na innych ludzi. Odkryłam w czasie warsztatu prawdę, która jest dla mnie prawdą smutną. Dając wolność sobie, zabieram ją dzieciom. Czy potrafię im ją zwrócić?

5. Strasznie trudno jest przestać chwalić, grozić, oceniać, manipulować.

Nasz świat jest jaki jest. Ale to nie znaczy, że muszę być taka jak większość. Znając konsekwencje jedzenia słodyczy trudno jest bez wyrzutów sumienia sięgać po cukierka. Żyjemy w zgodzie z sobą albo w wiecznym konflikcie, prowadzącym do smutnego końca. Dlatego uczę się konsekwentnie ale bez oceniania i oczekiwań, że nauczę się już jutro.

Od tej pory mówię NIE:

chwaleniu, ocenianiu, karaniu, nagradzaniu, rozkazywaniu, grożeniu, radzeniu, pouczaniu, osądzaniu, obwinianiu, krytyce, ośmieszaniu, zawstydzaniu, uspokajaniu, wspólczuciu, pocieszaniu, wypytywaniu, ignorowaniu.

6. Warto spytać „po co”, jeśli interesuje nas prawdziwe „dlaczego”

Poznałam różnicę pomiędzy DLACZEGO i PO CO. Już wiem jak bez obciążania winą, której jeszcze nie udało się ustalić, dowiedzieć się prawdziwej przyczyny. Drobna zmiana a taki efekt. Zresztą sami spróbujcie.

7. Najmniejsze a jednocześnie najczęstsze problemy kryją w sobie największe tajemnice.

Zaskoczeniem było dla mnie ostatnie na naszym kursie, a jednocześnie najbardziej emocjonalne ćwiczenie. Teraz już wiem, że aby znaleźć rozwiązanie tych małych, codziennych, a jednocześnie tak wyczerpujących problemów (jak na przykład trudności z wyjściem do szkoły, czy brudne skarpetki koło łóżka), warto wsłuchać się w siebie wszystkimi naszymi czterema parami uszu. Efekt bywa powalający…

(Jeśli nie wiedziałaś, że masz 4 pary uszu, to sprawdź jak to możliwe u Basi na blogu.)

8. Naprawdę można osiągnąć co tylko się pragnie!

Zorganizowanie tego warsztatu dało mi nie tylko ogromną radość bycia jego uczestniczką oraz poznania niesamowitych ludzi. Dało mi także cudowne poczucie tego, o czym zawsze wiedziałam, kolejne potwierdzenie prowadzącej mnie przez życie prawdy:

wszystko jest możliwe!